Listopad, którym zajmuję się w obecnym wydaniu MD, obfitował w kilka branżowych imprez. Mam na myśli między innymi Puchar Polski oraz Mistrzostwa Świata Juniorów i Weteranów. Na obu niestety nie mogłem się pojawić, więc znam ich przebieg jedynie z opisów na forach i opinii kolegów tam obecnych. Relacje i spostrzeżenia na pewno zamieści Radek lub Michok, więc nic straconego. Nie straciłem również ja, bo w tym czasie byłem na innych, równie ciekawych widowiskach sportowych. W tym samym czasie co MŚ Juniorów i Weteranów w Białymstoku odbyła się gala walk MMA i K1 pod nazwą Beast of The East w Gdyni. Druga impreza, na której miałem okazję się znaleźć, to Fitness Authority Grand Prix. Dużo się działo w ciągu tych ostatnich tygodni i gdybym chciał być na każdej imprezie, to padłbym ze zmęczenia, bo wszystko od Szczecina niestety daleko… Gdynia, Zabrze, Tarnobrzeg, Białystok… jakby nie patrzeć, ze Szczecina wszędzie jest drugi koniec Polski i około 800 km w jedną stronę. Lecimy więc po kolei.
Beast of The East
Świetnie zorganizowana gala walk z udziałem dobrych zawodników, również tych spoza naszego kraju. Nowa hala w Gdyni doskonale nadała się na organizację takiej imprezy.
Ponad połowa zaplanowanych walk spełniła oczekiwania fanów MMA. Główna walka wieczoru zakończyła się w pierwszej rundzie, niespodziewaną wygraną Rafała Dąbrowskiego, który zastąpił Grabowskiego (kontuzja) z Overeemem. Ciekawą walkę zaprezentował Kobylański, walcząc z Opstalem. Niestety odniósł porażkę po efektownym lewym high kicku przeciwnika. Na gali walczyło również dwóch moich kolegów ze Szczecina: Maciej „Irokez” Jewtuszko oraz Michał „Sztanga” Fijałka. Obaj wrócili, odnotowując dodatkowe punkty w rankingu.
Irokez większą część walki rozgrywał w stójce na swoją korzyść. W drugiej rundzie Trędowski przy próbie obalenia wpadł w gilotynę i tym sposobem zmuszony był odklepać silny uścisk Berserkera. Sztanga walczył z Dalglieshem. Pierwsza runda to próba obalenia holendra przez Michała i obrona w stójce. Burza ciosów, przed którą Michał próbował się bronić, nie przyniosła kończącego efektu pomimo aktywności przeciwnika. Druga runda również bogata w celne uderzenia Dalgliesha, jednak udane obalenie Sztangi i przejście gardy doprowadziło do defensywnej walki holenderskiego fightera. Michał zasypał go ciosami z góry i zaszedł za plecy, kończąc duszeniem.
Nie widząc Twojej formy trudno mi określić, która z opcji będzie najlepszym wyborem. Twoja subiektywna ocena nie jest dla mnie żadnym odnośnikiem, ponieważ spotykałem już różne oceny swoich sylwetek. Gdybym chociaż miał fotkę, byłoby łatwiej…
Na podstawie podanych informacji, sądzę, że powinieneś wybrać opcję z Animal Pumpem i skupić się na odpowiednim odżywianiu oraz treningu dostosowanym do budowania masy mięśniowej. Czyli żadna z propozycji podanych przez Ciebie się nie nada. Podałem Ci ich optymalną kombinację. Najprościej pisząc… ustal sobie 4–5 głównych posiłków, nie podjadaj miedzy nimi, zaopatrz się w niedrogie białko i carbo, które będziesz stosował po treningu. 30 min przed treningiem Animal Pump (w dzień beztreningowy rano na czczo), a po każdym treningu siłowym lub w dni wolne (wybierz jak będzie Ci wygodniej) 40 min na rowerku lub bieżni.
Wypad na galę zaplanowaliśmy dużo wcześniej, tzn. juz na dwa miesiące przed, ale nikt nie pomyślał, że bilety rozejdą tak szybko i będzie problem żeby je dostać. Udało nam się dostać pięć, ale niestety w niezbyt korzystnych miejscach. Najważniejsze jednak, że dało się to wszystko ogarnąć i mogliśmy uczestniczyć w tej imprezie. Gala zaplanowana była w sumie na dziesięć walk, wśród których rozgrywane były formuły Muay Thai, boks i MMA.
Wśród uczestników, połowa zawodników była ze Szczecina. Między innymi Mariusz i Maciej Linke z Linke Gold Team oraz Artur Mulinow i Maciej Jewtuszko z Berserker’s Team, trenowani przez Piotra Bagińskiego (pod którego okiem również ja mam zaszczyt się uczyć), oraz Marcina Parcheta i Marka Marek Wołosewicza z klubu Nak Muay.
Sala w całości była wypełniona ludźmi. Robiła …dobre wrażenie, tym bardziej, że to pierwsza od dość dawna tak duża impreza w Szczecinie, skupiająca fanów sportów walki. Dobra oprawa wizualna i dźwiękowa, która nadawała klimat podczas wejścia każdego z zawodników. Trochę słabiej z ringiem, w którym powinny być bardziej naciągnięte liny i stabilniejsze narożniki. Ale to sprawy techniczne, należące do organizatorów. Mnie interesowało przygotowanie chłopaków. Tym bardziej, że połowę startujących znam osobiście.
Pierwsza walka z udziałem szczecinianina Pawła Piłata. Całość starcia to trzydzieści sekund, zakończone trafnym uderzeniem kolana na wątrobę przeciwnika, po którym ten miał problem, aby ustać w pozycji wyprostowanej. Sędzia kończy walkę na korzyść Pawła.
Starcie trzecie to kolega z klubu, − Irokez (Maciej Jewtuszko). Startuje w MMA, ale tym razem zaprezentował się w Muay Thai. Od początku widać było jego przewagę. Walka trwała dwie rundy, po czym druga z nich została przerwana przez TKO (nokaut techniczny). Przeciwnik Irokeza dostał uderzył przeciwnika kolanem w nos, solidnie go rozcinając, i sędzia przerwał rundę. Myślę, że Maciek mógł to szybciej skończyć, bo stać go na więcej… Widząc co robi na sparingach w klubie, sądzę, że dałby radę. Dodam, że walka toczyła się o pas zawodowego Mistrza Polski WPMF do 75 kg.
Któryś już z to pojedynek z kolei pojedynek Maćka Linke z Mariuszem Janickim z Wrocławia trwał
całe trzy rundy. Przewagę od początku do końca miał Maciek, który w końcu próbując próbował skończyć pokonać przeciwnika poprzez duszenie. Ten jednak był odporny na tę technikę, ale nie zrobił nic, aby pokazać swoją przewagę lub zakończyć starcie przed czasem na swoją korzyść, dlatego przegrał na punkty. Na pochwałę zasługuje w tym przypadku kondycja Janickiego.
Jedyna walka wieczoru w boksie odbyła się z udziałem, Artura Mulinowa i Patrica Baumanna z Niemiec. Czterorundowa, ciekawa walka. Artur zaprezentował bardzo dużo czystych technicznie uderzeń. Większość wyprowadzonych ciosów dochodziły dochodziła do szczęki Niemca, a klasy dodawały uniki, które wyglądały jak wyreżyserowane w dobrym filmie o boksie. Co cios Niemca, to udany i sprytny unik Artura, po czym seria czystych uderzeń.
Lekkich dreszczy emocji dostarczył ostatni cios w szczękę Artura, którym Baumann go powalił go na ziemięe.
Artur podniósł się i chwiejnym krokiem podszedł do narożnika, gdzie sędzia skończył liczenie. Artur miał tak sporą przewagę nad Baumannem, że podejrzewam, iż odpuścił sobie końcówkę, co w rezultacie mogło się źle dla niego skończyć.
Kolejna walka, która dostarczyła chyba najwięcej emocji całej publiczności, to pojedynek Mariusza Linke i Piotra Suleckiego, reprezentującego Wrocław. Nikt nie przypuszczał, że możliwe jest, aby ta walka tak się potoczyła, a jednak…
Po pierwszym sygnale do walki Sulecki wpadł na Mariusza z burzą ciosów jak tornado. Obaj wypadli poza liny ringu, a sędzia przerwał walkę i przeniósł ją na środek. Powtórka z rozrywki i znowu obaj lądują poza linami. Po przeniesieniu obu na ring, Sulecki obala Mariusza i nokautuje go „młotkami” w szczękę. Z narożnika rzucony zostaje ręcznik, sędzia spóźnioną reakcją przerywa walkę i w tym samym momencie spoza ringu na Sudeckiego rzuca się Maciej (brat Mariusza), kończąc całą akcję. Poruszenie publiczności wzmagał fakt, że to właśnie Mariusz był faworytem tej walki.
Całość oprawy robiła dobre wrażenie, tym bardziej, że sala pełna była pełna ludzi, co ma decydujące znaczenie w powodzeniu imprezy. Mam nadzieję, że nie raz jeszcze będzie okazja oglądać tego typu widowisko w Szczecinie,. Przecież to stkąd właśnie wywodzą się najlepsze kluby w szeregach i gdzie tu trenują najlepsi fighterzy naszego kraju.
Pod koniec lipca − na zaproszenie Pawła Jabłońskiego, który wraz z Łukaszem Kaźmierczakiem zorganizował małe show na plaży pod nazwą Mr. Futurebody − odwiedziłem Kołobrzeg. Zawsze korzystam z okazji do spotkania się z kolegami ze sceny kulturystycznej, więc nie mogło mnie tam zabraknąć.
Ze względu na to, że jestem ze Szczecina i wszędzie, gdzie jest coś organizowane mam daleko, wybrałem się do Kołobrzegu, gdzie miało zjechać trochę „kulturystycznych postaci”.
Okazji do spotkań z chłopakami nie ma zbyt wiele, tym bardziej, że porozrzucani są po całej Polsce. Widzimy się tylko podczas tego typu imprez i na zawodach w roli startujących, trenerów, czy oglądających innych zawodników jako widzowie z trybun.
Na tę imprezę wybraliśmy się razem z Mateuszem, którego (z tego co się zorientowałem), zdążyliście już poznać na forum oraz z relacji MDTV. Mateusz przyjechał do mnie i razem ruszyliśmy nad morze.
Przejazd trochę się wydłużył ze względu na korki na drogach. Impreza organizowana przez Pawła pokryła się datą (i chyba nie przypadkowo) ze znanym festiwalem Sunrise. Długi sznur aut na trasie i na samym już wjeździe do Kołobrzegu. Do tego kontrole policji i ogólnie duży ruch na mieście przyczyniły się do lekkiego przesunięcia naszego przyjazdu. Ale na same zawody na plaży nie spóźniliśmy się. Paweł pokierował nas przez telefon, powiedział gdzie i jak dojechać i po kilku manewrach byliśmy na miejscu.
Wpadliśmy na plażę, gdzie na zbudowanej specjalnie scenie odbywały się wybory Miss Egzotica. Z daleka było widać duże postacie niedaleko sceny, wyróżniające się spośród innych, wiec ruszyliśmy właśnie tam. Na miejscu był już: trener Michalski, Oley, Michok i inni. Oczywiście MDTV także. Pogoda dopisywała, więc trochę ludzi przed sceną było. Tym bardziej, że dziewczyny prezentujące się były niczego sobie. W momencie, gdy rozpoczynało się widowisko Mr. Futurebody, ludzi na plaży było niewiele. W miarę jego przebiegu zainteresowanych było coraz więcej i pod koniec poschodziło się sporo oglądających, w większości z przypadku. Jeśli chodzi o sam przebieg zawodów, to zaliczyć je należy bardziej do widowiska niż sportowej rywalizacji, ponieważ startujących było zaledwie czterech z czego dwóch zaledwie prezentowało umięśnienie. Ale przyznać trzeba że, przynajmniej była dobra zabawa i trochę śmiechu. Całość poprzedzona była pozowaniem zawodników, którzy przyjechali na zaproszenie Pawła, oraz układem dowolnym, w tzw. freestyle'u, zaprezentowanym przez Oleya. Pomimo że sezon startowy już dawno za nami, to chłopaki prezentowali naprawdę dobrą formę. Po imprezie ruszyliśmy z Oleyem i resztą ekipy coś zjeść no i obowiązkowo na lody. Później do hotelu i na Starówkę znowu coś zjeść, pogadać i posiedzieć w doborowym towarzystwie.
SUNRISE
Po wszystkim część chłopaków umówiła się rano na trening u Pawła w siłowni, a my z Oleyem i Karolem Nitką planowaliśmy wieczorno-nocną część dnia. I doszliśmy do wniosku, że być w Kołobrzegu w dniu Sunrise'u i nie uczestniczyć w nim to byłoby nie do pomyślenia.
Szybki prysznic, posiłek i jazda na amfiteatr. Każdy telefon po taksówkę kończył się odpowiedzią, że trzeba czekać minimum 30 minut. Była 22.30, więc szkoda było czasu. Wyszliśmy przed hotel, gdzie wbiliśmy się w pierwszą lepszą taksówkę i odjazd.
Przed amfiteatrem długa kolejka do wejścia. Mieliśmy wejść na pół godziny, aby zobaczyć co i jak i z powrotem do hotelu. Kupiliśmy bilety, a że w środku mieliśmy znajomych, udało się bokiem (omijając wszystkich) wejść na teren imprezy. Trochę trzeba było namawiać Oleya, ale jakoś się udało. Chcąc nie chcąc, zostaliśmy prawie do 3 nad ranem. Udało nam się opuścić teren amfiteatru zanim lunęło z nieba. Ogólnie dużo ludzi i całkiem fajna impreza. Dwie duże sceny, a na każdej inna muzyka.
Następnego dnia rano po śniadaniu byliśmy u Pawła w klubie. Chłopaki kończyli trening i w niedługim czasie po tym wszyscy ruszyliśmy w swoje strony. My z Mateuszem na Szczecin, Oley do Poznania. Superwyjazd i kolejna okazja spotkania się z kolegami. Oby takich więcej. Mr. Futurebody 2010 – jestem na pewno.
Cały artykuł można przeczytać w październikowym "Muscular Development"
Teraz, od tego sezonu mam swojego „konia” i gdy tylko nadarza się okazja, to go dosiadam i nie ma mnie przez kilka godzin w domu.
Zakupiłem kombinezon (co prawda ważę teraz mniej, ale i tak były problemy żeby dostać odpowiedni rozmiar i krój) i resztę wyposażenia, które w zasadzie kosztuje drugie tyle co średniej klasy motocykl. Ale warto, bo szlify są nieuniknione, a skóra dobrze chroni przed pozdzieraniem się i posiada usztywnienia oraz ochraniacze w miejscach najbardziej narażonych na uraz w trakcie upadku.
Motocykl, który posiadam to Honda Hornet. Jest to naked bike. Dla tych, którzy się nie orientują to ścigacz miejski, czyli taki jak zwykłe, tyle ze bez owiewek. Wolę tego typu motory od zabudowanych. Na miasto to najlepsza sprawa. Problem jest na trasie, bo bez plastików niestety mocno wieje i powyżej 170km/h czuć dyskomfort. Trzeba się mocno trzymać i pochylać, aby nie zwiało z motoru. Super się na tym jezdzi. Bardzo dobrze zbiera od dołu i na ten sezon całkowicie wystarczy. W przyszłym pomyślę nad zakupem czegoś nowego, ale tego raczej nie sprzedam bo, naprawdę mi odpowiada.
Nie zawsze można…
Główną przeszkodą do wystawienia sprzętu z garażu jest oczywiście pogoda. Ostatnio w moim regionie nie dopisywała, więc czasu do „latania” było niedużo. Teraz jest lepiej, ale ma to też drugą stronę, mniej przyjemną, bo kiedy słońce mocno pali, to w kombinezonie (ja mam czarny) można się ugotować, szczególnie stojąc na światłach, bo w trakcie jazdy jest w miarę OK.
Dobrze jeździ się wieczorami, kiedy ruch na ulicach jest trochę mniejszy i słońce nie grzeje tak mocno, jak w środku dnia. W ogóle jazdę motocyklem po mieście można zaliczyć do sportów extremalnych, bo każdy wie jaka jest kultura jazdy wśród polskich kierowców, a co dopiero w stosunku do motocyklistów, na których mało kto zwraca uwagę.
Fakt, że ci na motorach jeżdżą szybko i często niebezpiecznie, ale większość wypadków z udziałem motocyklistów spowodowana jest przez kierowców aut. Sam miałem już kilka mocnych akcji…
Jeżeli mam coś do załatwienia na mieście, to wolę jechać motorem niż autem. Nie czekam w korkach i nawet w godzinach szczytu mogę wszystko ogarnąć o połowę szybciej niż gdybym miał się wybrać na miasto samochodem. To jest między innymi zaleta dwóch kółek.
Pytanie: Ostatnio wyczytałem o Tobie na jakimś forum: „Rafał jest wieeelki!”. Jakie są twoje wymiary (waga i wzrost)?
Odpowiedź: Wielki…? Pewnie wyczytałeś tekst sprzed roku, bo to raczej nieaktualne. Ale jeśli chodzi o czas przeszły to na kimś kto spotykał mnie po raz pierwszy faktycznie mogłem robić wrażenie posturą, bo przy 184 cm wzrostu ważyłem w sezonie (czyli w okresie ostrej rzeźby) około 115 kg, a off season (poza okresem startowym) około 130 kg. Jednak dla ludzi, którzy spotykali mnie na co dzień wydawałem się być normalny i zawsze, gdy zdarzyło mi się trochę przychudnąć każdy zauważał, że zmarniałem. Czyli chyba „nie do twarzy” mi z tą chudością.
Pytanie: Ile i jak pracowałeś na to, by tak wyglądać?
Odpowiedź: Dłuuugo i wbrew temu, co myślą inni, to mam bardzo duże problemy żeby przytyć i zachować dużą masę mięśniową. Z natury jestem chuderlakiem i mam szybki metabolizm. Wystarczy, że nie dopilnuję przez krótki czas diety i od razu waga spada. Budowanie sylwetki w moim przypadku do tej startowej z ostatniego okresu trwało 10–11 lat.
Pytanie: No forum często podpowiadasz ludziom, co jeść i jak ćwiczyć, żeby lepiej wyglądać. Skąd masz tę wiedzę? Z książek, z własnego doświadczenia, a może z innego źródła?
Odpowiedź: Od początku przygody z tym sportem, czytałem dużo czasopism zagranicznych wydawanych na polskim rynku. Niestety informacje w nich zawarte były nierzadko sprzeczne. Internetu nie było, więc nie mieliśmy z kolegami tak łatwo jak teraz, gdy wystarczą dwa kliknięcia i masz dietę, trening czy bezpośrednią pomoc ludzi znających się na rzeczy.
Dużo wiedzy pochodziło od starszych, na których się wzorowaliśmy. Po pewnym czasie poznałem Radka Słodkiewicza (jednego z najlepszych polskich kulturystów) i to on wprowadził mnie w arkana tej dyscypliny. Bazowałem na jego metodach, a z czasem eksperymentowałem sam na sobie, obserwując reakcje organizmu. Pomaga też fachowa literatura, ale i tak najlepszym odniesieniem wiedzy jest teoria sprawdzona w praktyce.
Prowadzę sklep z suplementami i zbieram opinie od klientów, co też daje wymierną wiedzę na temat reakcji na różnego rodzaju zastosowania dietetyczne, czy suplementacyjne różnych ludzi, których potrzeby i oczekiwania są odmienne.
Pytanie: Skąd decyzja o zostaniu kulturystą?
Odpowiedź: Takiej decyzji raczej nie było. Od dziecka byłem aktywny fizycznie i zawsze uprawiałem jakiś sport. Od szkoły średniej zacząłem chodzić na siłownię i widząc jak zmienia się moje ciało, zacząłem brnąć w to dalej. Podobał mi się rodzaj wysiłku, jaki odbywa się na siłowni. Pozwalało mi to wyładować energię, której w młodym chłopaku było niemało i potrzebowała ujścia.
Siłownia wciągnęła mnie zupełnie. Nauczyła systematyczności, zwalczania własnych słabości (szczególnie dietetycznych) i wprowadziła umiejętność organizacji czasu i planowania. Po 4 latach treningów wystartowałem w pierwszych zawodach. Było to tak silne przeżycie, że już później samo przerzucanie żelastwa nie wystarczało. Rok po roku nowe postanowienia i założenia, aby ciągle być lepszym, jak to w sporcie i rywalizacji. Tak zostało do dziś. Teraz śmiało mogę stwierdzić, że kulturystyka to tylko po części kształtowanie ciała – w dużym stopniu to formowanie charakteru i osobowości. Każdy z kulturystów, których znam to siła psychiki, a co najdziwniejsze dla wielu niezorientowanych wielki spokój i opanowanie. Tylko należy tu rozdzielić „kulturystów-sportowców” od „napakowanych dresiarzy”. Bo różnica jest spora.
Pytanie: W jednym z artykułów wyczytałem, że jesteś uważany za „młodego i obiecującego” kulturystę. Zamierzasz zawojować polską scenę kulturystyczną? A może masz jeszcze ambitniejsze plany?
Odpowiedź: Jestem uważany za „młodego”, ponieważ zawodnicy kategorii wagowej (superciężkiej, czyli powyżej 100 kg), z którymi startuję są średnio o 5–8 lat starsi. Jestem najmłodszy w tej kategorii, co wiąże się z tym, że ciągle muszę ich gonić, aby stanąć na scenie i godnie się prezentować. Niestety czasu nie da się oszukać, a kulturystyka to sport dla wytrwałych i cierpliwych. Mięśnie rosną bardzo wolno, a przez 5 lat, które jestem za kolegami z branży, można naprawdę sporo poprawić w swoim wyglądzie, zakładając systematykę tego, co się robi, aby osiągnąć cel.
Niestety ostatni rok okazał się dla mnie za dużym wyzwaniem. W pogoni za „wielkimi”, organizm się zbuntował i odreagował ciągłe przeciążenia i jazdę na najwyższych obrotach. Odczuwałem to od dawna, ale wyznaczając sobie cel nie widzę nic wokół, tylko staram się go zdobyć za wszelką cenę. Ignorowałem sygnały organizmu, które odczuwałem przez okres około 6 miesięcy, nie dopuszczałem myśli, że mogę się zatrzymać lub wycofać z rywalizacji. Szykowałem szczytową formę i... niestety zakatowałem organizm. Skończyło się to bardzo źle i wyeliminowało mnie to ze sceny kulturystycznej.
Pytanie: Jesteś dość zajętym człowiekiem. Trenujesz, startujesz w zawodach, udzielasz się na forach dyskusyjnych, współpracujesz z branżowymi czasopismami... Skąd bierzesz na to wszystko czas i energię? Nie masz ochoty czasem po prostu poleniuchować?
Odpowiedź: Oczywiście czas na odpoczynek i regenerację też jest wliczony do całościowego rocznego planu treningowego. Organizm rządzi się swoimi prawami i niekiedy trzeba odpuścić na krótki okres, aby podładować baterię. Zajmuję się tym, co wymieniłeś, pomagam młodym, którzy mają taki zapał jak ja, gdy zaczynałem. Warto wskazać im odpowiednią drogę, aby nie popełniali tych błędów, których ja nie byłem w stanie uniknąć z powodu braku wiedzy. W końcu obroniłem pracę magisterską, bo ciągle przekładałem ten termin właśnie z powodu wielu zajęć. Zawsze trafiało się coś ważniejszego, niecierpiącego zwłoki.
Pytanie: Gdzie będziemy mogli Cię zobaczyć w najbliższym czasie na zawodach?
Odpowiedź: Szykowałem się w 2008 roku do Mistrzostw Polski, a po nich Europy. Niestety wystartowałem tylko w Szwecji na początku kwietnia i byłem zmuszony odpuścić dalsze przygotowania. Kłopoty ze zdrowiem uniemożliwiły mi zaprezentowanie szczytowej formy. Po całkowitej półrocznej przerwie od jakiejkolwiek aktywności fizycznej wznowiłem treningi. Straciłem sporo masy mięśniowej. Schudłem ponad 25 kg, ale już udaje mi się powoli nadrabiać zaległości. Dodatkowym zajęciem, które sobie zafundowałem to treningi submission i vale tudo. Chłopaki od dawna mnie namawiali, ale przygotowania do zawodów zawsze eliminowały taką aktywność fizyczną.
Zobaczyć mnie można, ale na zdjęciach w polskiej edycji Muscular Development, gdzie prowadzę rubrykę z poradami oraz pokazowe treningi. Jeśli chodzi o kulturystykę to na pewno nie wystartuję w najbliższym czasie. Wydaje mi się, że szybciej stanę wśród zawodników BJJ lub Submission, niż na MP w kulturystyce...
Pytanie: Zadam Ci na koniec jedno pytanie, które bardzo często powtarza się w mailach oraz na forum. Mam 182 cm wzrostu, ważę 77 kg i chciałbym nabrać trochę masy. Jestem średnio aktywny (ćwiczę 3 razy w tygodniu), odżywiam się normalnie, tzn. nie przestrzegam jakiejś specjalnej diety. Co mam zrobić?
Odpowiedź: Trening siłowy 3 razy w tygodniu w zupełności wystarczy, pod warunkiem, że jest prawidłowo rozplanowany. Jeśli nie masz możliwości lub zamiaru zmienić diety (praca, szkoła lub inne), to najlepszym rozwiązaniem będzie zwiększyć dobową kaloryczność poprzez uzupełnienie diety w łatwo i szybko przyrządzane szejki. 3 główne posiłki muszą być w ciągu dnia solidne (składać się z węglowodanów, białek i tłuszczy).
Śniadanie:
- 90 g (pełna szklanka) płatków owsianych
- jajecznica (2 całe jajka + 4 białka jaj)
- kromka żytniego pieczywa
- warzywa (pomidor, ogórek – do wyboru)
Obiad:
- 100 g ryżu
- 200 g piersi/ryby/wołowiny
- warzywa (brokuły)
- 10 g (łyżka stołowa) oleju lnianego – na surowo
Kolacja:
- 120 g makaronu (durum, semolina)
- 200 g białego sera (półtłusty)
- kilka sztuk truskawek + słodzik
Trzy posiłki w ciągu dnia nie powinny stanowić problemu. Resztę możesz uzupełnić odżywkami białkowymi oraz gainerami. Z uwagi na konieczną kompensację glikogenu polecam stosowanie gainera potreningowo, natomiast proteinę możesz dodawać do posiłków, a także „wzmacniać” nim odżywkę węglowodanowo-białkową, którą stosujesz po zakończeniu ćwiczeń. Z początku może ciężko będzie Ci się przestawić na taki sposób jedzenia, lecz daję Ci gwarancję, że stosując się systematycznie przez okres minimum 2 tygodni do tych wskazówek, nie ma możliwości, aby nie odnieść oczekiwanych zmian sylwetki.
Takiej decyzji raczej nie było. Od dziecka byłem aktywny fizycznie i zawsze uprawiałem jakiś sport. Od szkoły średniej zacząłem chodzić na siłownię i widząc jak zmienia się moje ciało, zacząłem brnąć w to dalej. Podobał mi się rodzaj wysiłku, jaki odbywa się na siłowni. Pozwalało mi to wyładować energię, której w młodym chłopaku było nie mało i potrzebowała ujścia.
Siłownia wciągnęła mnie zupełnie. Nauczyła systematyczności, zwalczania własnych słabości (szczególnie dietetycznymich) i wprowadziła umiejętność organizacji czasu i planowania. Po 4 latach treningów wystartowałem w pierwszych zawodach. Było to tak silne przeżycie, że już później samo przerzucanie żelastwa nie wystarczało. Rok po roku nowe postanowienia i założenia, aby ciągle być lepszym, jak to w sporcie i rywalizacji. Tak zostało do dziś. Teraz śmiało mogę stwierdzić, że kulturystyka to tylko po części kształtowanie ciała – w dużym stopniu to formowanie charakteru i osobowości. Każdy z kulturystów, których znam to siła psychiki, a co najdziwniejsze dla wielu niezorientowanych wielki spokój i opanowanie. Tylko należy tu rozdzielić „kulturystów-sportowców” od „napakowanych dresiarzy”. Bo różnica jest spora.
Muscular Development |
Główne działy na stronie |
Twoje konto |
Linki |
